JEŚLI CZEGOŚ NIE ROZUMIESZ, MOŻESZ TO SOBIE TŁUMACZYĆ, JAK CHCESZ.
piątek, 20 listopada 2009
Placebo

Jak masz na bilecie napisane, że można wejść na koncert od 18.00 to z prostego rachunku (wejście, support, przerwa po supporcie) wynika, że zaczną grać o 20.00.
No to byliśmy koło 19.30.
I to był błąd.
Czekałam na ten koncert co najmniej od 3 lat, kiedy po raz pierwszy przyjechali na Openera do Gdyni. Jakoś mi się wtedy nie udało tam wybrać, pewnie dlatego, że miałam roczne dziecko. Rok później na Torwar nie poszłam, bo miałam dwuletnie dziecko. Na tegorocznym Openerze również nie byłam, bo... nieważne w sumie, do tej pory nie mogę sobie tego darować.

Postanowiłam sobie, że mam już tego dość i niemal natychmiast po Openerze kupiłam bilety na listopadowy koncert na Torwarze.
I też o mało bym nie poszła, bo przecież zaraza panuje w mieście – nie ulękłam się jednak.
Zobaczyć Placebo i umrzeć.
Na świńską grypę.

No więc chyba nic dziwnego, że po latach tęsknoty to dodatkowe czekanie do 20.00 dłużyło mi się niemiłosiernie.
Nic to, że na ekranach puszczali bardzo fajne filmiki - w końcu przyszłam na koncert, a nie do kina!
O 20.00 światła pogasły, więc wlepiłam wyczekujące spojrzenie w scenę i wstrzymałam oddech.
I to był błąd.
Na scenę wyszło coś, co Placebo nijak nie było.
Grupa zwie się Expatriate - pominę ich występ milczeniem, za diabła bowiem nie rozumiem, czemu Placebo ich ze sobą targają podczas tej trasy koncertowej.
Patrzyłam smętnie, bo dotarło do mnie, że na koncert przyjdzie poczekać mi jeszcze jedną godzinę.

I tak też było.
Zaczęło się jakieś 2-3 minuty po dziewiątej.
Zaczęło się oczywiście oczywistym: single z najnowszej płyty, wszystkie dynamiczne, pewnie żeby rozruszać zmęczoną długim oczekiwaniem publiczność.
"For What It's Worth", "Ashtray Heart" (czyli piosenka o polskim futbolu, znana może bardziej pod roboczym tytułem "Cztery-Zero") no i tytułowe "Battle For The Sun". Potem już była przeplatanka: starsze z nowszymi, z przewagą oczywiście nowych (dwie ostatnie płyty).
Czekałam na "Without You I'm Nothing", na "Pure Morning", na... mniejsza już z tym. Jak dla mnie to powinni grać jakieś 3-4 godziny, żebym była usatysfakcjonowana, ale przez przesady. Dwie to też dobrze. W końcu to była tylko i wyłącznie moja decyzja, że nie pojawiłam się na ich wcześniejszych koncertach. I tak byłam zadowolona, a że może ciut „niedosłuchana” – no przecież nie przy każdym stosunku trzeba mieć orgazm, żeby uznać, że było fajnie.


O ile początek mnie nie zaskoczył i na kolana nie powalił, to potem już było tylko lepiej.
Takie na przykład "Devil In The Details", które na płycie jest średnie, na koncercie mnie zachwyciło. Albo "Speak In Tongues" - z widowni w powietrze poleciały bańki mydlane, światła zrobiły się turkusowo-zielone i było po prostu pięknie. Unoszące się nad publicznością tęczowe kuleczki wyglądały bajkowo.

Placebo to właściwie jedna osoba.
No dobra, może dwie, bo Brian Molko, jak już coś mówił w trakcie tego koncertu, to mówił o perkusiście. I rzeczywiście, miałam wrażenie, że przede wszystkim tylko oni grali. Molko nawet tak, że po każdym utworze zmieniał gitary (ach, być tak kiedyś gitarowym Boskiego Briana!). To, że na scenie było jeszcze kilka innych osób to było owszem widać, ale mniej słychać. Ale w sumie to nie przeszkadzało, bo i tak większość (jeśli nie wszyscy) przyszli oglądać Boskiego Briana.
W tym oczywiście ja.
Niestety jednak retusze zrobiły już swoje - z przykrością muszę powiedzieć, że Boski Brian traci na żywo. Ta śliczna laleczka, którą się ogląda na zdjęciach i w teledyskach, z pięknie pomalowanymi oczami, lśniącymi włosami opadającymi seksownie na twarz...
Nic z tego nie było.
Nawet włosy zdążył już skrócić. I – nie ukrywajmy – staro wyglądał.
Co jednak się nie zmieniło, to głos. Tym Boski Brian potrafi czarować na koncertach chyba nawet bardziej, niż na płytach.
Przynajmniej mnie.

Co mnie zdziwiło, to widoczny brak oczarowania zespołu Warszawą.
Wszak Placebo do Polski przyjeżdżają często, w tym roku byli dwa razy, na Torwarze też już grali. A jednak nie wyglądali na zachwyconych. Nie widziałam jakiejś wielkiej radości i entuzjazmu z powodu, że "znów dla was gramy". No owszem, fajnie, fajnie, ale bez przesady.
Pewnie się czepiam, ale miałam takie leciutkie wrażenie, że przyjechała gwiazda bardzo świadoma swojego gwiazdorstwa. Te spojrzenia pełne wyższości (w końcu ze sceny), te gesty świadczące o niezachwianym poczuciu własnej wartości, te słowa na przywitanie ("we are fucking amazing artists"). Pewność siebie tak wielka, że właśnie zacierająca chyba radość z grania. Molko był przekonany, że to Placebo robi zaszczyt publiczności, a nie odwrotnie - to było wyraźnie widać.
I nie jestem przekonana, czy tak do końca ma rację.
Chociaż chyba jednak przesadzam. Właściwie im dłużej trwał koncert, tym zespół się lepiej bawił i tym wyraźniej to okazywał. A inną sprawą jest to, że Torwar to nie jest miejsce pomagające skrócić dystans pomiędzy grupą i publicznością.
No to już się nie czepiam.
Było doskonale.

czwartek, 19 listopada 2009
Hasła

"Użył paralizatora wobec dziecka. Nie chciało się umyć."
Taki tytuł newsa na gazeta.pl, rano jeszcze było coś w stylu: "zabili córkę, bo za dużo jadła".

To jest jakiś obłęd, bo przecież nie chodzi o mycie i jedzenie.
Dlaczego nikt nie pisze o przyczynach takich konfliktów w rodzinach?
Bo to nudne pewnie i nikomu nie chce się wnikać?
Lepiej napisać o świni brutalnej, traktującej prądem niewinne dzieciątko.
I owszem - taka przemoc nie powinna się zdarzyć, ale nie w tym jest problem.
To jest tylko skutek tego, że w rodzinie nie można się dogadać. Że konflikt o prysznic kończy się wezwaniem policji i porażeniem prądem.

No i z jednej strony mamy notatkę o sadystycznym gliniarzu a z drugiej jest: "kocham, nie krzyczę".
No też jest bez sensu, bo to są zwykłe hasła, które nic nie dają.
Widzisz "zabili, bo za dużo jadła" i się oburzasz, widzisz "kocham nie biję" i przytakujesz głową.
Ale czy to coś zmienia?
Rodzina bez konfliktów nie istnieje, ale nie można dawać rodzicom hasełek zamiast pomocy.
W sytuacji z paralizatorem dziewczynka nie chciała się umyć, mama kocha więc nie krzyczy nie bije (dziewczynka krzyczy, owszem) tylko wzywa gliniarza, żeby odwalił za nią czarną robotę.
No absurd.


Ale rodzicom się mówi: nie krzyczysz, nie bijesz.
A jak gówniarz krzyczy i bije to co mają zrobić?
Tego już się nie mówi, z tym się rodziców zostawia.
Daje im się zakazy, ale nie oferuje pomocy.
Wzbudza się tylko ich frustrację i bezradność, co właśnie powoduje... agresję.

Ja rozumiem, że na billboardach dużo więcej, poza hasełkiem napisać nie można, ale w tych notkach o przemocy wobec dzieci brakuje próby wyjaśnienia przyczyn  sytuacji.
Bo to przecież nie jest tak, że rodzice to sadyści i jak dziecko nie je, to walą jego głową o ścianę - to się z czegoś więcej bierze.
Podejrzewam, że często właśnie z frustracji ich własnym życiem.
I to tu powinna być skierowana pomoc, bo jeśli tylko się powie takiemu frustratowi: nie bij, to się właśnie skończy tak, że on nie pobije, tylko zadzwoni po policję i powie "panie władzo, pan wpieprzy gówniarzowi, bo ja nie mogę".
Pytanie kolejne: co zrobi w takiej sytuacji polski policjant?
Boję się zastanawiać.

wtorek, 17 listopada 2009
Basen

Nazwa kazała spodziewać się wszystkiego najlepszego.
W końcu nie co dzień człowiek ma możliwość pluskać się na basenie w wellness center spa, czy jakoś tak.
Cena, 9 euraków ode łba również pozwala mieć nadzieję.
Dobrze, że Mirek za darmochę, bo w końcu jak się jest nad morzem lazurowem, może niekoniecznie trzeba wydawać stówkę peelenów, żeby wejść do wody.
No ale.
Ten wellness i spa, to była duża pokusa.
Nie oparłam się jej.

Wzięłam kostium, umyłam nogi, uczesałam Mirusia i jazda na basen.
Na recepcji tubylec o urodzie homoseksualisty powitał nas uroczym uśmiechem i zagadnął w języku Szekspira.
Szekspira, podkreślam, nie Cervantesa.
Skasował bilet na spa wellness i uprzejmie zaznaczył, że czepek kąpielowy obok kostiumu stanowi obowiązkowy strój w tym eleganckim przybytku.
Zakupiłam odpowiednie akcesorium więc za całe 2 euro.
Dostałam jakąś małą szmatkę i do niej wielki paragon i pan mnie pouczył, żebym rachunku pilnowała, bo może mnie ktoś sprawdzić.
Spodobało mi się to nawet. Wyobraźnia podsuwała rozkoszne obrazy tego wellness, w którym jest tak porządnie, że nawet rachunki za czepki sprawdzają.
Pięknym korytarzem przeszłyśmy do pięknej szatni.
Pięknie się przebrałyśmy i... po założeniu naszych najelegantszych kostiumów i równie wytwornych czepków (wziąć paragon na basen, czy zostawić w szafce???, może jednak lepiej wziąć) przeszłyśmy na drugi koniec pomieszczenia. Gdzie spodziewałyśmy się zastać przejście na wellness bassen.
A tam... pachnące i czyściutkie łazienki.

Nie wiem, może trzeba było w piąty biały kafelek od lewej stuknąć, albo nacisnąć i wtedy ściana by się rozsunęła, ukazując naszym oczom przestronną halę basenową, ale ja nie znałam odpowiedniego zaklęcia, a klamki nie było na pierwszy rzut oka widać.
Zawróciłyśmy więc i wpadłyśmy na panią z mopem, bowiem szatnia była, jako się rzekło, elegancka i pani z mopem pilnowała, co by kałuż na terakocie nie było w celu zminimalizowania ryzyka poślizgu.
Dałam pani paragon za czepek i spytałam ufnie:
- Swimming pool? - nie chciałam dodawać więcej wyrazów, na wypadek, gdyby pani gorzej znała angielski od swojego współpracownika z recepcji.
Pani zbladła, paragon zignorowała, mopa ścisnęła mocniej w dłoni, zamruczała coś, co zrozumiałam jako prośbę o pozostaniu na miejscu i wybiegła z szatni.
Bałam się, że po policję - ale na szczęście nie. Jedynie po kolegę, który miał mnie zrozumieć.
Zrozumiał, pokazał ręką kierunek, elegancko mu więc skinęłam głową w podziękowaniu i dumnie przemaszerowałam obok, kłapiąc mokrymi klapkami. Miru podreptała za mną. Równie elegancko.

Na hali basenowej Wersal się skończył.
Ba, skończyła się Europa nawet.
A Afryka jeszcze nie zaczęła.
Znalazłyśmy się w tym takim ciasnym przejściu pomiędzy.

Basen był, owszem, nawet trzy ogromne Hiszpanki się w nim moczyły trajkocząc nieustannie i głośno.
Nad ich szczebiotem górował jednak odgłos wiertarki, którego źródło zlokalizowałam natychmiast, bowiem 3 metry od nas robotnik wiercił dziury w ścianie. Taką wielką wiertarą.
Nawet nie wiem, czy na tarasie przy basenie ptaki śpiewały, nie dosłyszałam.
Nawet nie wiem, czy woda była chlorowana, nie poczułam.
Intensywna woń świeżej farby zagłuszyła wszelkie inne doznania węchowe.
Basen był za przesuwanymi szklanymi drzwiami.
Ale przecież to listopad, zima, więc drzwi były szczelnie zamknięte.

Ostrożnie lawirując pomiędzy porozkładanymi malowniczo na podłodze kablami i śladami zapiaszczonych robotniczych butów, podeszłyśmy do brzegu basenu. Ręczniki położyłyśmy na czymś, co nam się wydawało najmniej uświnione. Był to chyba plastykowy stoliczek. Niegdyś biały. Tego dnia pokryty pyłem ściennym.
Brązowym.
Zajrzałam do basenu, wydawał mi się całkiem czysty. Cegły w nim nie pływały, wszystkie które nie były w ścianach, leżały dookoła.
Weszłyśmy więc.
Przynajmniej spłukałyśmy z siebie ten pył.
Brązowy.
Z basenu miałam piękny widok na pana, który pokrywał brązowe ściany wściekłym turkusem.
Od czasu do czasu płukał wiadro i pędzle po farbie pod prysznicem, obok basenu.
Dobrze, że nie w basenie.

Nie ukrywam, Miru była zachwycona.
W końcu woda ciepła, basen płytki, pan malował fachowo a drugi równie fachowo wiercił.
W kraju takich cudów na basenach nie ma.
A tu proszę.
Basen piękny jak sen.

15:16, ama_bilis , Osobiste
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 75