JEŚLI CZEGOŚ NIE ROZUMIESZ, MOŻESZ TO SOBIE TŁUMACZYĆ, JAK CHCESZ
Kategorie: Wszystkie | Wszystkie
RSS
wtorek, 23 grudnia 2008
Lecisz, mała


Gdyby miał jakiekolwiek wątpliwości, czy dobrze trafił, to powiększający się z każdą chwilą tłumek gapiów by je rozwiał.
Ale nie miał. Wiedział, że to tu.
Siedmioletnią Julię ledwo było widać. Zielona sukienka, w którą była ubrana, zlewała się z seledynowym kolorem tynku. To, co było widać najwyraźniej to jej białe palce, wczepione kurczowo w jakiś detal elewacji i bladą, przerażoną twarz. Na chodniku przed budynkiem leżał jeden czarny pantofelek. Drugi widocznie miała jeszcze na nodze.

Zmrużył oczy i przyjrzał jej się uważnie. Nie obchodziło go, dlaczego tam wlazła. Chciał tylko wiedzieć, co czuje. Natychmiast zorientował się, że była nie tylko przerażona. Była przede wszystkim wyczerpana. I głodna. Ruszył w tłum. Ludzie rozstępowali się przed nim, ustępowali z drogi uważając, żeby nie dotknąć choćby przelotnie materiału jego czarnego płaszcza. Nie patrzyli mu w oczy. Opuszczali głowy, odwracali się. On zresztą też na nich nie patrzył. Czarne oczy miał utkwione w twarzy dziewczynki. Jej oczy były szare. Tak mu się przynajmniej zdawało.

Podszedł pod budynek, rozejrzał się szybko. Policji oczywiście nie było. Nie zdziwiło go to. Wiedział, jak oni lubią takie wezwania. Ale straż powinna była przyjechać. Westchnął i znów spojrzał w górę. Już nie mam siły, pomyślał. Jak mi się chce jeść! Mimowolnie drgnęły mu usta, jakby chciał to zdanie powiedzieć na głos.
- Potrzebujesz czegoś, Panie? – zapytała natychmiast stojąca obok zapłakana kobieta. Matka, to jasne. Nie musiał nawet na nią patrzeć, żeby wiedzieć, o czym myśli. Rób co chcesz, ale oddaj mi moje dziecko. Uratuj ją!
Panie, proszę!

Znów to samo.
Panie. Jak do boga. A przecież nie jest bogiem. Jest tylko protektorem. I tak też się do niego zwracano, zazwyczaj po robocie. Zazwyczaj po to, żeby dokuczyć, obrazić, poniżyć. Wyładować swoją złość.
Protektor nie zawsze ratuje życie, ale zawsze ratuje człowieka. Przed innymi. I przed samym sobą. Nie chroni ludzkiego życia, chroni tylko wolną wolę.
Większość ludzi tego nie rozumie.
Jak tamta kobieta, której mąż roztrzaskał się o ziemię, ochlapując ją przy tym.
- Panie, dlaczego na to pozwoliłeś?! – wrzasnęła wtedy do niego.
- Nie wiesz? – odpowiedział drwiąco ktoś z tłumu – To przecież protektor!
W takich sytuacjach nazwa jego zawodu brzmi gorzej od wszelkich przekleństw, jakie można by wymyślić.
Kiedyś, na początku miał żal o taką reakcję, próbował coś tłumaczyć, wyjaśniać. Ale co tu tłumaczyć kobiecie ochlapanej krwią i ciałem swojego męża? Pozwól mi na to, błagał ten mężczyzna. Ja naprawdę muszę to zrobić! Takiej prośbie nie mógł odmówić. Każdy człowiek ma przecież wolną wolę, a on jest tylko jej protektorem. Nie zawsze ratuje życie, ale zawsze ratuje człowieka. Taka robota.

Cały czas patrzył w górę.
Kolejny gzyms w tym miesiącu. Przestało to już na nim robić wrażenie. Pamięta, jak przeżywał swoje pierwsze zlecenie, ale nawet to wspomnienie nie budzi już emocji – tyle razy było powtarzane w myślach i na jawie. Ludzie mają bardzo ograniczoną wyobraźnię, jeśli chodzi o obmyślanie samobójstwa.
Ale to dobrze. Lubi pracę na gzymsie, jak to między sobą nazywają. To dość łatwa robota i często kończy się uratowaniem życia. Czasem nawet policja, jak przyjedzie na czas potrafi sobie z tym poradzić. Ludzie wtedy się cieszą, że nie trzeba było dzwonić po protektora.
Choć zdarzają się i inne zlecenia. Na przykład oddzielić wodę od krwi z przeciętych żył. Albo wyjąć z żołądka tabletki, które już się rozpuściły. Protektorzy nie umieją wskrzeszać zmarłych. Mogą pracować tylko dotąd, dopóki jest z kim.
Na gzymsie jest z kim.

- Daj mi czekolady – powiedział cicho do zapłakanej matki.
Nie zdziwiła się, usłuchała natychmiast, podała mu to, czego chciał. Była przygotowana na bardziej niezwykłe prośby. Protektorzy byli z tego znani. Ale czy to ich wina, że dziecku nad przepaścią zachce się czasem czekolady?
Zaczął jeść, wolno, smakując każdy kęs, nie spuszczając oczu z dziewczynki na gzymsie. Widział, jak jej twarz się odpręża, z oczy znika przerażenie i wyczerpanie, pojawia się w nich…
Uśmiech?
Nagle dziewczynka wyciągnęła ręce. Z pełną ufnością, jak do taty, żeby jej pomógł zeskoczyć z huśtawki. Tyle tylko, że to był 15 piętrowy blok, a on nie był jej tatą. I pod jej stopami nie było już nawet cienkiego gzymsu.
Niedojedzona czekolada upadła, połamała się na kawałki.
Tłum wrzasnął i cofnął się.
Nadal stał z głową zadartą w górę, a już nie patrzył. Zacisnął mocno powieki. Wyciągnął do niej ręce, jakby chciał ją złapać. Chociaż wiedział, że to niemożliwe.
- Lecisz, mała, lecisz! – idiotyczne zdanie, ale tylko takie przyszło mu do głowy. Zresztą słowa nie miały znaczenia. – Lecisz, NIE spadasz!

Tłum znów wrzasnął. Tym razem nie był to jednak wrzask przerażenia. Dziewczynka zahamowała gwałtownie w powietrzu, jakby wpadała do niewidzialnej wody. Nadal jednak poruszała się w dół. Wolniej, dużo wolniej, ale wciąż w dół.
Zacisnął mocniej powieki. Poczuł na policzku łzę. Wtedy otworzył oczy.
Julia wisiała w powietrzu, pół metra nad ziemią.
Spojrzał na nią uważnie. Naprawdę miała szare oczy. Uśmiechnął się lekko i wolno opuścił wyciągnięte do niej ręce. Dziewczynka klapnęła na asfalt. Spojrzała na niego zdziwiona. I dopiero potem rozpłakała się.
- Dlaczego tam wlazłaś?! – matka z płaczem rzuciła się na córkę. – Dlaczego mi to zrobiłaś?!

Nie obchodziło go, dlaczego tam wlazła. Wiedział, co czuje, kłamstwa niech zachowa dla matki.
Odwrócił się i zaczął iść przez rzedniejący już tłum.
- Dziękuję - usłyszał za plecami. A może mu się tylko wydawało.
Tak, czy inaczej, nie odwrócił się.
Poczuł, że boli go głowa.
Muszę się napić, pomyślał i przyspieszył kroku.