JEŚLI CZEGOŚ NIE ROZUMIESZ, MOŻESZ TO SOBIE TŁUMACZYĆ, JAK CHCESZ
Kategorie: Wszystkie | Wszystkie
RSS
środa, 24 czerwca 2009
Skrzydło


Mirek budzony rano machnął łapą, zamruczał coś niewyraźnie, przytulił pluszaka, a po tym wszystkim nie otwierając oczu powiedział stanowczo:
- Nie będę myć skrzydła!
Uspokojony tą deklaracją przewrócił się na drugi bok i zasnął smacznie.

 

wtorek, 09 czerwca 2009
Chciwość jest dobra - cz. 1

W sali konferencyjnej panowało milczenie. Żaden z pięciu mężczyzn siedzących przy wielkim prostokątnym stole się nie odzywał. W sąsiadującym z salą konferencyjną gabinecie prezesa również było cicho.

Czekali na niego już pół godziny, ale nie śmieli go ponaglać. Dla nich jasne, że to już koniec i że to prezes musi ponieść konsekwencje. Zastanawiali się, czy to już do niego dotarło. Spóźnienie, tak niezwykłe dla niego, świadczyło o tym, że chyba tak.

- Taa… - westchnął mężczyzna siedzący u szczytu stołu i wymownie spojrzał na zegarek, po czym z irytacją odgarnął niesforne kosmyki włosów, które opadły mu na oczy. – Ciekawe, jak długo jeszcze będziemy tu siedzieć?

Nikt mu nie odpowiedział. Kudłaty wstał i podszedł do okna. Właściwie do jednej z dwóch przeszklonych ścian, przez które można było oglądać południową i zachodnią części miasta. Kudłaty nie patrzył jednak na dachy sąsiednich kamienic, tylko zerknął dziewięć pięter w dół, na ulicę przed bankiem, na której gromadziło się coraz więcej ludzi. Niektórzy trzymali duże tekturowe tablice, jednak kudłaty nie miał zamiaru nawet próbować odczytać, co jest na nich napisane. Domyślał się, że nic przyjemnego.

Miał rację. Jeszcze stosunkowo najlepszym napisem było wielkie, czerwone "dosyć!" wypisane drukowanymi literami. Takich haseł było zresztą najmniej. Częściej powtarzały się propozycje nie do odrzucenia dla zarządu, od "dawajcie nasze pieniądze!" po "skaczcie, skurwysyny!". Ilość transparentów z tym ostatnim napisem zwiększała się w szybkim tempie.

Kudłaty odszedł od okna i usiadł przy stole. Dzięki temu nie zobaczył już, jak ludzie na chodniku ustawiają się w kolumnę i zaczynają chodzić dookoła budynku, śpiewając znany niegdyś przebój: „the roof, the roof, the roof is on fire, we dont need no water, let the motherfucker burn”.

Ciemnobrązowe drzwi gabinetu prezesa otworzyły się z cichym szczęknięciem, wszyscy podnieśli głowy i spojrzeli na wchodzącego. Prezes nie patrzył na nikogo. Głowę miał opuszczoną, wzrok wbity w parkiet, usta zaciśnięte. Usiadł przy stole, ale ani nie podniósł wzroku, ani nie otworzył ust.

- Burn, motherfucker, burn! - wrzeszczał na dole tłum, jednak żaden hałas nie przedzierał się przez dźwiękoszczelne okna do sali konferencyjnej, gdzie wszyscy zgromadzeni mogli udawać, że ulice wokół banku są puste.

Ciszę zdecydował się przerwać kudłaty.

- No, wreszcie - sapnął - Długo kazałeś na siebie czekać. Co masz nam do powiedzenia, Edwardzie?
Prezes powoli podniósł głowę i spojrzał na kudłatego.

- Akurat tobie nic - odparł zimno, po czym odwrócił się do siwego mężczyzny w błękitnym krawacie. - Klaus, czy sprawdziłeś te przelewy, jak cię prosiłem?

Zanim dyrektor zarządzający zdążył odpowiedzieć, wtrącił się jeszcze raz kudłaty.

- Zaraz, jakie przelewy?! – zapytał głośno, unosząc się na fotelu. - Czy Ty cofnąłeś nasze premie?!
Prezes zignorował go, ale Klaus odparł cicho:

- Niestety, nie dało się. Rozmawiałem z prawnikami, ale powiedzieli, że nie mogą znaleźć żadnych podstaw do cofnięcia wypłaconych premii.

W sali zapanowało poruszenie. Wrogie spojrzenia skierowały się w stronę Klausa.

Sytuacja banku była poważna, to prawda. Tak poważna, że w zasadzie powinni byli ogłosić upadłość. Od ostateczności uratowała ich pomoc państwa. Gdyby nie 150 miliardów z budżetu, już by ich nie było. Ciarki przechodziły na myśl o tym. Ale jednak - mimo całej powagi sytuacji żaden ze zgromadzonych w sali konferencyjnej mężczyzn nie oczekiwał, że jego premia może nie zostać mu wypłacona. Aż do tej chwili - bo jednak okazało się, że ktoś mógł to sobie wyobrazić. I to nawet nie chodzi o prezesa, który przyszedł do banku razem z budżetowymi pieniędzmi, trzy miesiące temu, tylko o Klausa. Dyrektor zarządzający, który przepracował tu niemal całe swoje życie! Który znał spółkę lepiej, niż własną rodzinę! Który zawsze cieszył się sympatią wszystkich w zarządzie, bo nigdy z niczego nie robił problemów! Ani z nieuzasadnionych wydatków, ani z nietrafionych inwestycji, ani nawet z defraudacji pieniędzy spółki! On nagle staje po stronie nowego i na jego polecenie usiłuje cofnąć im premie?! Zabrać ich pieniądze?! Okraść ich?!

- To chyba, kurwa, jakieś żarty! - wykrztusił kudłaty.

- Bruno, uspokój się w tej chwili - głos prezesa był zimny i stanowczy. - Chciałem cofnąć nasze premie, żeby ratować bank przed opinią publiczną. Czy ja muszę ci znów przypominać co oznacza wypłacanie sobie milionowych premii w sytuacji, kiedy spółkę od upadłości ratują państwowe pieniądze? Jeśli nadal tego nie rozumiesz, to zejdź na dół. Oni ci wyjaśnią!

Kudłaty pobladł lekko. Nie wybierał się na dół. A już na pewno nie po wyjaśnienia od demonstrującego tłumu.

- No właśnie - wykorzystał ciszę, jaka zapadła po ostatnich słowach prezesa, szef pionu klientów korporacyjnych. - Co z nimi robimy?

- A coś w ogóle możemy? - zapytał drwiąco wiceprezes do spraw rynków międzynarodowych.

- Zaraz, zaraz - kudłaty nie dawał za wygraną. - Powiedziałeś: nasze premie? Ty też dostałeś premię? A za co, można wiedzieć? Za te trzy miesiące??

Prezes uśmiechnął się złośliwie.

- Tak, dokładnie za te trzy miesiące, Bruno - powiedział spokojnie. - Trzy miesiące ratowania waszych tyłków. Uważasz, że mi się nie należy?

Kudłaty już otwierał usta, ale uprzedził go dyrektor zarządzający.

- Panowie, spokojnie. To już nie ma znaczenia. Jak mówiłem, przelewy poszły i co gorsza opinia publiczna o tym wie.

Zgromadzeni wzdrygnęli się lekko i mimowolnie spojrzeli za okna. Siedzieli jednak zbyt daleko, żeby zobaczyć cokolwiek. Na szczęście.

- Dobrze, w takim razie możemy wrócić do problemu, który mamy na dole - odezwał się znów szef korporacyjny. - Pytam raz jeszcze: co z nimi robimy?

- Trzeba z nimi porozmawiać - oświadczenie grubego szefa pionu bankowości detalicznej wywołało ironiczne spojrzenia i uśmiechy.

- Zgłaszasz się na ochotnika, Henryku? - zadrwił kudłaty.

Szef detaliczny nerwowo przełknął ślinę.

- No, nie wiem... - zaczął niepewnie. - Ale ktoś musi, nie?

- Słusznie. - poparł go Bruno - Ktoś musi - rzucił znaczące spojrzenie w stronę prezesa.

Prezes odchrząknął i wyprostował się lekko na swoim fotelu.

- Dobra, musimy sobie jakoś z tym poradzić - zaczął. - Nie dość, że nasi klienci stracili wszystkie swoje oszczędności, jakie mieli u nas, to jeszcze dowiedzieli się o na... o waszych nienormalnie wyśrubowanych pensjach i premiach. Są wściekli, nie da się ukryć. Ale uważam, że nie można ich dłużej lekceważyć, trzeba z nimi porozmawiać. Zakładając oczywiście, że oni chcą jeszcze w ogóle rozmawiać.

- Nie chcą - powiedział ponuro wiceprezes rynków międzynarodowych. - Oni chcą już tylko naszej krwi.

- Ale nie dostaną! - zawołał wojowniczo szef korporacyjny. - Nie po to harowałem tyle lat, żeby skończyć teraz na ulicy przed własnym bankiem! Zróbmy coś! Zadzwońmy po policję! Przecież mordowanie ludzi, nawet bankierów, jest sprzeczne z prawem! Komendant musi nam dać ochronę i pomóc się nam stąd wydostać!

- I co potem? - zapytał zjadliwie kudłaty. - Wydostaniesz się stąd pod eskortą policji i co? Będziesz do końca życia siedział w ukryciu?

- Nie, wyjadę stąd. I zamieszkam tam, gdzie nikt mnie nie zna. Mamy... ja mam już tyle oszczędności, że nie muszę więcej pracować. Wystarczy, że mnie eskortują na lotnisko i sobie poradzę.
- Nawet niezły pomysł. Wczesna emerytura… Trzeba tylko... się stąd wydostać.

- Po to właśnie potrzebujemy kogoś, kto wyjdzie do tych ludzi, pogada, odwróci uwagę. - Bruno znów znacząco spojrzał w stronę prezesa.

- Da się zabić, żebyście wy mogli uciec, to chcesz powiedzieć? - spojrzenie prezesa było lodowate.

- No... - kudłaty na moment stracił pewność siebie. Ale zaraz ją odzyskał - Nie dramatyzuj. Pogadasz z nimi chwilę, my wsiądziemy do samochodów i któryś z nas po ciebie podjedzie.

Chciwość jest dobra - cz. 2

Drwiący uśmiech prezesa świadczył dobitnie o tym, że nie uwierzył w ten scenariusz. Na sali zapadła kłopotliwa cisza. Prezes patrzył na kudłatego, a ten coraz czuł się coraz bardziej niepewnie pod jego wzrokiem. Reszta zarządu pospuszczała głowy, modląc się w duchu, żeby Edward się zgodził. Żeby się poświęcił. Żeby im pomógł jeszcze ten jeden, ostatni raz. Nie wyglądało jednak, żeby ich modlitwy miały jakąkolwiek moc sprawczą. Prezes może i umiał poprawić wizerunek firmy, może i wiedział, jak zarządzać bankiem, ale nie był samobójcą. Mógł poświęcić dla nich swój czas i swoją świetną rządową posadę, którą miał wcześniej, ale nie życie. Dla wszystkich było to jasne, jednak wciąż czekali na cud. Prezes milczał. Cud się nie zdarzył. Przedłużająca się cisza robiła się coraz bardziej nieznośna. W końcu odezwał się korporacyjny.

- Słuchajcie... mam numer komórki do komendanta. Może zadzwonię? Może po prostu wyjdziemy stąd wszyscy i... - urwał i rozejrzał się niepewnie po sali.

- Dzwoń - machnął niedbale ręką kudłaty.

- Zaraz, czekaj - ocknął się wiceprezes rynków. - Przecież policja powinna już tu być. Przecież ta demonstracja jest nielegalna. Niech ich po prostu rozpędzą i już!

Kudłaty znów podszedł do okna. Spojrzał w dół. Na grubą, ciemną gąsienicę, która wiła się dookoła siedziby banku. Która wrzeszczała coś i wymachiwała kartonowymi transparentami. Która składała się z wściekłych ludzi, spoglądających nienawistnie ku górze. Bruno wzdrygnął się. Oderwał oczy od tłumu i spojrzał nieco dalej, tam, gdzie powinny stać radiowozy. Stały owszem. Trzy. Obok nich młodzi policjanci z oddziałów prewencji z wielkimi zadowolonymi uśmiechami przyglądali się demonstracji. Nie wyglądało na to, że mają coś przeciwko skandującemu tłumowi. Wręcz przeciwnie.

Kudłaty cofnął się w głąb pomieszczenia.

- Dzwoń - powtórzył. - I powiedz komendantowi, żeby odwołał też tych, którzy pilnują demonstrantów.
Zdziwione spojrzenia członków zarządu zbył wzruszeniem ramion.

- Te szczeniaki, które tam teraz są prędzej się przyłączą, niż nas ochronią.

Szef korporacyjny sięgnął do kieszeni po telefon. Odruchowo wstał i odszedł w róg pokoju, nie chcąc reszcie przeszkadzać. Niepotrzebnie, bo i tak wszyscy w napięciu podsłuchali. Korporacyjny jednak niewiele mówił. Ledwo zaczął, komendant mu przerwał:

- Chyba pan żartuje, panie dyrektorze - drwina w głosie komendanta sprawiła, że korporacyjny jakby się lekko skulił. - Nie mam ludzi. Wszyscy są w terenie, nie mam ani jednego wolnego wozu. Proszę dzwonić pod numer alarmowy. Może tam panu pomogą, panie dyrektorze.
- Ależ panie komendancie, sytuacja jest naprawdę poważna, bardzo prosimy... - usiłował protestować korporacyjny.

- Proszę nie nalegać, panie  dyrektorze - przerwał mu natychmiast komendant. - Naprawdę nie mogę panu pomóc, przykro mi. A tak przy okazji, wie pan, co powiedział francuski minister finansów w czasie kryzysu w latach trzydziestych? „Banki zamykam, bankierów przymykam”. Dobre nie? Proszę sobie to przemyśleć i nie zmuszać mnie do interwencji. Bo jeśli przyślę wam swoich ludzi... Jeśli to zrobię, to naprawdę nie chciałbym być na pańskim miejscu, panie dyrektorze. Mówię to panu tylko przez wzgląd na naszą długoletnią przyjaźń. I moje konto vipowskie w państwa banku. Miłego dnia, panie dyrektorze.

Klik, rozmowa została zakończona. Korporacyjny spojrzał z niedowierzaniem na swój telefon.

- Co powiedział? - wiceprezes popatrzył na korporacyjnego z nadzieją.

- Że musimy sobie radzić sami.

- Świnia – mruknął detaliczny. - A ja mu dałem kredyt na preferencyjnych warunkach.
Kudłaty prychnął pogardliwie. Zaraz potem odwrócił się w stronę prezesa.

- Dobra, zbieraj się! - warknął. - Dosyć już tej zabawy. Idziesz do nich, a my stąd spieprzamy! Nie mam zamiaru tu dłużej siedzieć!

- Nie masz zamiaru, mówisz? - odparł prezes, mrużąc oczy. - To nie siedź, droga wolna! - machnął ręką w stronę wyjścia na korytarz.

Kudłaty wstał gwałtownie. Przez chwilę wydawało się, że naprawdę wyjdzie. Przez chwilę w zgromadzonych na sali mężczyzn wstąpiła nowa nadzieja. Ale rozwiała się równie szybko. Kudłaty bowiem ruszył w stronę prezesa. Stanął nad nim i pochylił się groźnie.

- Mówię ci, idziesz na dół! - wrzasnął i szarpnął go za ramię. - Ruszaj się!

Prezes spojrzał na niego ze zdziwieniem. Nie zrobił żadnego ruchu, nawet nie uwolnił ręki z uścisku kudłatego. Bruno zawahał się na chwilę, spojrzał po zgromadzonych, szukając poparcia.
- No chyba nie pozwolimy, żeby się Edwardowi upiekło, co panowie? - spytał głośno. - W końcu wykonujemy jego polecenia. Niech wreszcie weźmie odpowiedzialność za swoje decyzje!
Mężczyźni zgromadzeni przy stole spojrzeli po sobie niepewnie.

- Ale on nie chce iść - zauważył oczywisty fakt dyrektor detaliczny.

- Ale pójdzie! Nas jest więcej, pomóżcie mi! - odparł natychmiast Bruno.

Mężczyźni zawahali się.

- No, co z wami?! - krzyknął kudłaty. - Nie chcecie się stąd wydostać?!

Klaus chrząknął.

- Chyba nie w ten sposób - mruknął cicho.

- A masz lepszy pomysł? - zasyczał wściekle Bruno.

- Chcesz go tak po prostu wywlec do tej hołoty na zewnątrz? Rzucić go im...

- ... na pożarcie? - zadrwił szef korporacyjny.

Bruno chciał coś powiedzieć, ale wiceprezes rynków go uprzedził.

- Załatwmy to kulturalnie, bez przepychanek. Edward powinien wyjść do nich z własnej woli, a nie pod przymusem.

- Świetny pomysł - zadrwił znów korporacyjny - Przekonasz go?

- Ja nie - odparł wiceprezes.

- Ale protektor go przekona - wpadł mu w słowo Bruno.

Zapadło ciężkie milczenie. Wszystkie spojrzenia skierowały się w stronę prezesa, który po raz pierwszy od wejścia na salę konferencyjną wyglądał na zdenerwowanego. Ręce mu się lekko trzęsły, kiedy zbierał przyniesione ze sobą papiery.

- Zapłacicie za to - powiedział cicho. Wstał i niepewnym krokiem przeszedł wolno z powrotem do swojego gabinetu. Drzwi zamknęły się za nim z lekkim stuknięciem.

Pozostali spojrzeli po sobie.

- Protektor go nie przekona - powiedział cicho detaliczny. - Protektor nie zmusi człowieka do podjęcia decyzji, której ten nie chce podjąć, przecież wiesz.

- Wiem, że protektorzy mogą dużo - powiedział szybko kudłaty. - Wiem, że potrafią czytać w myślach i kierować naszym zachowaniem. Jak dla mnie, to wystarczy. Jak się protektor wczyta odpowiednio, to na pewno odkryje u Edwarda resztki przyzwoitości i chęć poświęcenia się.

- Resztki przyzwoitości, tak? - mruknął cichutko Klaus. - Ciekawe, co by odkrył u ciebie.

Bruno spojrzał na niego wściekle.

- Słuchaj, nie podoba mi się to, tak samo jak tobie. Ale nie mamy innego wyjścia. Ktoś ma telefon do jakiegoś protektora?

- Ja mam - odparł ledwo słyszalnie detaliczny. Wtedy wszyscy sobie przypomnieli. No tak, ojciec Julii.

- Dawaj ten numer - Bruno wyciągnął rękę. Detaliczny wolno sięgnął do portfela i wyciągnął stamtąd wizytówkę, którą wcisnęła mu żona. Zadzwoń, podziękuj, uratował ci córkę, mówiła. Nigdy nie zadzwonił. Nie miał czasu. Teraz kartonik zniknął w dłoni kudłatego.

- No to dzwonię - powiedział jeszcze Bruno i wyszedł na korytarz.

Chciwość jest dobra - cz. 3

Ciężkie drzwi otworzyły się gwałtownie, starszy portier podniósł głowę ze zdziwieniem. Widząc protektora, zamarł z przerażenia. Protektor bez słowa wszedł po schodach i skręcił w prawo. Stukot czarnych butów budził echo w ogromnym, pustym holu. Portier, nadal nie zdolny do wykonania żadnego ruchu, odprowadzał przybysza wzrokiem. Coś w szczupłej sylwetce protektora, jego czarnym, unoszącym się za nim płaszczu było znajomego. Portier przypomniał sobie film, który kiedyś oglądał dawno temu. Jaki to był tytuł? Maverick? Matrix? O, tak! Właśnie głównego bohatera z Matrixa przypominał mu ten protektor. Portier nerwowo przełknął ślinę. Porównanie, które odszukał w pamięci nie uspokoiło go. Wręcz przeciwnie. Protektor tymczasem podszedł do wind.

- Piętro pierwsze, wyjście – rozległ się uprzejmy kobiecy głos, zanim protektor w ogóle wyciągnął rękę w stronę przycisku. Drzwi rozsunęły się bezszelestnie i protektor wsiadł do windy.

- Jazda do góry – drzwi zamknęły się.

Portier odetchnął głęboko, uświadamiając sobie, że do tej pory wstrzymywał oddech.

W sali konferencyjnej panowała pełna napięcia cisza. Gdy protektor wszedł, wszyscy obecni tam mężczyźni wstali. Kudłaty odezwał się pierwszy:

- Bruno – powiedział i wyciągnął rękę na powitanie. – To ja do pana dzwoniłem.

Dłoń którą uścisnął protektor była lodowata i mokra od potu. Protektor skrzywił się leciutko i dyskretnie wytarł swoją rękę w spodnie. Nie mógł się opanować. Chcąc uniknąć dalszych powitań, usiadł w najbliższym fotelu. Pozostali pośpiesznie zrobili to samo. Spojrzał na nich uważnie, zatrzymując wzrok tylko chwilę dłużej na twarzy detalicznego. Blade twarze, wymięte białe koszule, wyraźnie widoczne plamy potu. Również na oparciach białych, skórzanych foteli. Mokra biel oraz uczucie przerażenia, to dominowało. I jeszcze niedowierzanie. Rozpieszczone dzieci sukcesu, które po raz pierwszy w życiu doznają klęski. I wciąż nie mogą w nią uwierzyć.

- Czym mogę służyć? – zapytał uprzejmie.

- Musi nam pan pomóc – zaczął energicznie kudłaty.

- Ocalić nas – jęknął wiceprezes rynków.

Bruno skarcił go wzrokiem.

- Chodzi o to, że trzeba zmusić prezesa, żeby poszedł na dół, do tych ludzi – mówił dalej.

Protektor spojrzał na niego z zainteresowaniem.

- Chyba zadzwoniliście do nieodpowiedniej osoby – zauważył chłodno.

- Nie, nie! – zamachał rękoma kudłaty – Źle mnie pan zrozumiał! Prezes to zrobi! On chce to zrobić! Tylko…

- Tylko trzeba go przekonać – na twarzy protektora pojawił się bardzo nieprzyjemny uśmiech.

- Właśnie! – Bruno z ulgą opadł na oparcie fotela. Ton głosu i wyraz twarzy protektora najwyraźniej uszedł jego uwagi. Zaczął grzebać po kieszeniach przewieszonej przez oparcie fotela marynarki. Wyjął kopertę i zajrzał do niej szybko, zanim położył ją na stole.

- Mamy tu… pięć tysięcy. Czy to wystarczy? – spojrzał na protektora niepewnie i popchnął kopertę w jego stronę. – Tylko tyle udało nam się uzbierać, nie nosimy gotówki przy sobie, ale…

Urwał, widząc na złośliwy uśmiech na twarzy protektora.

- Tylko tyle? – głos protektora był drwiący. – Nie nosicie gotówki?

- No… - kudłaty zawahał się. – No, w sumie może coś się jeszcze znajdzie, prawda panowie?
Rozejrzał się po sali. Pozostali członkowie zarządu odwracali głowy, opuszczali wzrok, unikali jego spojrzenia.

- Nic od was nie chcę – powiedział szybko protektor. – I nic nie zrobię. Wasz prezes nie ma najmniejszego zamiaru się dla was poświęcać – protektor machnął niedbale ręką w stronę gabinetu. Wszyscy spojrzeli na ciemnobrązowe drzwi. Panowała za nimi cisza.

- Ale… - zaczął Bruno.

Protektor spojrzał mu prosto w oczy.

- Jeśli jest tu ktoś, kto jeszcze bardziej nie chce umierać, niż ty – powiedział cicho – to jest nim właśnie twój prezes. Możesz mi wierzyć.

- Ja… ja wierzę oczywiście - zapewnił pośpiesznie kudłaty. -  Wiem, że umie pan to wyczuć…

Protektor zmarszczył lekko brwi przy ostatnim słowie, ale nic nie powiedział.

- A czy mógłby pan chociaż z nim porozmawiać? – poprosił cicho detaliczny. – My wszyscy mamy rodziny, żony, dzieci… - detaliczny słyszalnie przełknął ślinę. Protektor spojrzał na niego uważniej, mrużąc oczy. Detaliczny wyraźnie zmieszał się pod tym spojrzeniem, zarumienił lekko, spocił jeszcze bardziej. Opuścił głowę i wbił wzrok w blat stołu.

- On jest sam - kontynuował cicho. - To już nie jest kwestia tego, kto jest odpowiedzialny, ale on po prostu nie ma nic do stracenia. A ktoś musi coś zrobić. Myśleliśmy…

- Wiem, co myśleliście – przerwał mu protektor. – Wyczułem to - dodał złośliwie.

Zapadła nieprzyjemna cisza.

Bruno oparł łokcie na stole, schował twarz w dłoniach. Jego ostatnia nadzieja zawiodła. Nic już ich nie uratuje. Mogą od razu skoczyć z okien, bo i tak żywi się z tego budynku nie wydostaną. Samobójczy skok, to by była przynajmniej szybka śmierć. I na swój sposób romantyczna. Problem polegał jednak na tym, że okna się nie otwierały. Bruno tęsknie spojrzał na błękitne niebo. Reszta członków zarządu patrzyła tępo przed siebie. Jedynie dyrektor bankowości detalicznej wciąż błagalnie wpatrywał się w protektora.

Protektor cały czas patrzył na niego, w jego szare, przerażone oczy. Pomóż nam, proszę, usłyszał. Jeśli nam się uda… jeśli tobie się uda, to już nigdy nie zostawię Julii samej. Zawsze już będę przy niej, przysięgam. Tylko nam pomóż, uratuj nas! Tak, jak uratowałeś moją córkę. Błagam!

Nic ode mnie nie zależy, pomyślał protektor z lekką irytacją. Wciąż nie mógł się przyzwyczaić do tego, jak ludzie traktowali protektorów. Jak bogów, jak cudotwórców, magików. A przecież nie byli niczym z tego. Nie robili cudów, nie ratowali życia, ratowali tylko człowieka. Przed innymi. I przed samym sobą. Nie chronili ludzkiego życia, chronili tylko wolną wolę. Na tym polegała ich robota. Ale ludzie tego nie rozumieli i wciąż błagali o życie. Jak teraz, jak setki razy wcześniej. Jak wtedy na gzymsie z Julią.

Protektor wstał. Szybkim ruchem zabrał ze stołu kopertę z pieniędzmi.

Wtedy się udało. Wtedy Julia dała ci szansę, pomyślał. Lepiej jej nie zmarnuj. Odwrócił wzrok od detalicznego i bez słowa podszedł do drzwi gabinetu prezesa.

Chciwość jest dobra - cz. 4

Prezes siedział wciśnięty w wielki czarny fotel i szeroko otwartymi oczami patrzył na wchodzącego.

- Ile ci zapłacili za to, żebyś mnie zabił? – zapytał przerażonym szeptem, jak tylko za protektorem zamknęły się drzwi. Nie czekając na odpowiedź, rzucił się pod biurko. Wytaszczył stamtąd ogromną, granatową torbę sportową, zamykaną na zamek błyskawiczny. Rozpiął ją i odsunął się tak, żeby protektor mógł zobaczyć jej zawartość.

- Widzisz? Dam ci więcej! Dużo więcej, tylko mnie uratuj!

Protektor milczał.

- Ile chcesz? No ile, mów! Może wszystko, co? Dobrze, możesz wziąć wszystko, tylko mnie stąd wyprowadź! Ocal mnie przed nimi, to ta torba będzie twoja!!

- Nie chcę tej torby – odpowiedział spokojnie protektor. – Ani jej zawartości. Twój zarząd mi już zapłacił. Za to, żebym cię stąd wyprowadził.

Prezes wstał gwałtownie i cofnął się pod ścianę. Otworzył usta, ale żaden dźwięk się nich nie wydobył. Protektor zrobił krok w jego stronę.

- Uspokój się – powiedział łagodnie. – Przyszedłem cię wyprowadzić, nie zabić. A to, czy odejdziesz stąd, czy nie, to już twój wybór. Wolny wybór. I jak doskonale wiesz, ja jestem tylko po to, żebyś mógł takiego wyboru dokonać. Za to mi płacą. Za nic więcej i za nic mniej. Do niczego cię nie będę zmuszać.

Prezes łypnął podejrzliwie na swojego rozmówcę, ale nic nie powiedział. Westchnął, otarł pot z czoła, podszedł do biurka. Usiadł, gestem wskazał protektorowi fotel.

- Boję się – mruknął cicho, patrząc w bok.

- Wiem – odparł natychmiast protektor. – Do niczego cię nie zmuszam – powtórzył stanowczo.

- Ty nie, ale oni…

- Oni też się boją – przerwał mu łagodnie protektor. - Na tym polega problem. Ktoś musi przestać się bać. – uśmiechnął się lekko.

- Możesz tak zrobić? – prezes gwałtownie pochylił się nad blatem.

- Żebyś przestał się bać? Mogę. Ale…

- Dobrze. W takim razie…

- Zaraz, chwileczkę! – protektor podniósł rękę w uspokajającym geście. – Nadal nie chcesz się przecież poświęcać. Co z tego, że tam na dole nie będziesz się bać, jeśli to nie będzie twoja decyzja. Najpierw musisz wiedzieć czego tak naprawdę chcesz. Nie, co powinieneś zrobić, nie, czego od ciebie oczekują – tylko czego chcesz. A potem ja pomogę ci to zrealizować. Zastanów się dobrze, nie śpiesz się. Ja poczekam.

Prezes spojrzał uważnie na protektora, a potem na drzwi do swojego gabinetu.

- Co za gnojki – mruknął. – Nie przypuszczałem, że się do tego posuną. Gdyby nie ja, to ten dzień byłby już dużo wcześniej.

- Nadal czujesz presję? – uśmiech protektora był nawet sympatyczny. – Nie jestem przeciwko tobie. Nie stoję po niczyjej stronie. Zapomnij o nich i pomyśl o sobie.

- Dobrze, ale powiedz mi tylko, dlaczego się zgodziłeś? Słyszałem waszą rozmowę w sali konferencyjnej, powiedziałeś im, że mnie nie będziesz przekonywać. A jednak przyszedłeś.

- Przyszedłem powiedzieć ci, że masz wolny wybór.

- Ale czy to nie jest jasne, że nie chcę iść do tych ludzi?! Gdybym chciał, to już bym poszedł!

Protektor spojrzał uważnie na prezesa.

- Gdyby to było jasne, to bym nie wszedł do twojego gabinetu.

- Kłamiesz. – powiedział cicho prezes. – Nie dlatego zdecydowałeś się tu przyjść. A w każdym razie, nie tylko dlatego. W jakiś sposób cię przekonali, chcę wiedzieć, czym!

Julia, pomyślał natychmiast protektor. Szare oczy, dokładnie takie same, jak oczy jej ojca.

- Jeśli mam dokonać wolnego wyboru – dotarł do niego głos prezesa. – To musisz powiedzieć mi prawdę.

Protektor westchnął. A potem odpowiedział.

Dwunastoletnią Julię ledwo było widać. Zielona sukienka, w którą była ubrana, zlewała się z seledynowym kolorem tynku. To, co bystry wzrok protektora widział najwyraźniej, to białe palce, wczepione kurczowo w jakiś detal elewacji i bladą, przerażoną twarz. Na chodniku przed budynkiem leżał jeden czarny pantofelek. Drugi widocznie miała jeszcze na nodze.

Zmrużył oczy i przyjrzał jej się uważnie. Nie obchodziło go, dlaczego tam wlazła. Chciał tylko wiedzieć, co teraz czuje. Natychmiast zorientował się, że była nie tylko przerażona. Była przede wszystkim wyczerpana. I głodna.

Ruszył w tłum. Ludzie rozstępowali się przed nim, ustępowali z drogi uważając, żeby nie dotknąć choćby przelotnie materiału jego czarnego płaszcza. Nie patrzyli mu w oczy. Opuszczali głowy, odwracali się. On zresztą też na nich nie patrzył. Czarne oczy miał utkwione w twarzy dziewczynki. Jej oczy były szare. Tak mu się przynajmniej wydawało. Podszedł pod budynek, rozejrzał się szybko. Policji oczywiście nie było. Nie zdziwiło go to. Wiedział, jak oni lubią takie wezwania. Ale straż powinna była przyjechać. Westchnął i znów spojrzał w górę. Już nie mam siły, usłyszał. Jak mi się chce jeść! Mimowolnie drgnęły mu usta, jakby chciał to zdanie powiedzieć na głos.

- Potrzebujesz czegoś, Panie? – zapytała natychmiast stojąca obok zapłakana kobieta. Matka, to jasne. Nie musiał nawet na nią patrzeć, żeby wiedzieć, o czym myśli. Rób co chcesz, ale oddaj mi moje dziecko. Uratuj ją! Panie, proszę!

Wciąż patrzył  w górę.

- Daj mi czekolady – powiedział cicho do zapłakanej matki.

Nie zdziwiła się, usłuchała natychmiast, podała mu to, co chciał. Była przygotowana na bardziej niezwykłe prośby. Protektorzy byli z tego znani. Ale czy to ich wina, że dziecko nad przepaścią ma dziwne zachcianki?

Zaczął jeść, wolno, smakując każdy kęs, nie spuszczając oczu z dziewczynki na gzymsie. Widział, jak jej twarz się odpręża, z oczu znika przerażenie i wyczerpanie, pojawia się w nich…

Uśmiech?
Nagle dziewczynka wyciągnęła ręce. Z pełną ufnością, jak do taty, żeby jej pomógł zeskoczyć z huśtawki. Tyle tylko, że to był 12 piętrowy blok, a on nie był jej tatą. I pod jej stopami nie było już nawet cienkiego gzymsu.

Niedojedzona czekolada upadła, połamała się na kawałki.

Tłum wrzasnął i cofnął się.

Nadal stał z głową zadartą w górę, a już nie patrzył. Zacisnął mocno powieki. Wyciągnął do niej ręce, jakby chciał ją złapać. Chociaż wiedział, że to niemożliwe.

- Lecisz, mała, lecisz! – idiotyczne zdanie, ale tylko takie przyszło mu do głowy. Zresztą słowa nie miały znaczenia. – Lecisz, nie spadasz!

Tłum znów wrzasnął. Tym razem nie był to jednak wrzask przerażenia. Dziewczynka zahamowała gwałtownie w powietrzu, jakby wpadła do niewidzialnej wody. Nadal jednak poruszała się w dół. Wolniej, dużo wolniej, ale wciąż w dół.

Zacisnął mocniej powieki. Poczuł na policzku łzę. Wtedy otworzył oczy. Julia wisiała w powietrzu, pół metra nad ziemią. Spojrzał na nią uważnie. Naprawdę miała szare oczy. Uśmiechnął się lekko i wolno opuścił wyciągnięte ręce. Dziewczynka klapnęła na asfalt. Spojrzała na niego zdziwiona.

I dopiero potem rozpłakała się.

- Dlaczego tam wlazłaś?! – matka z płaczem rzuciła się na córkę. – Dlaczego mi to zrobiłaś?!
Nie obchodziło go, dlaczego tam wlazła. Wiedział, co czuje, kłamstwa niech zachowa dla matki.

Odwrócił się i zaczął iść przez rzedniejący już tłum.

- Dziękuję – usłyszał jeszcze. Obejrzał się. Znad pleców matki wpatrywały się w niego szare oczy dziewczynki. Dojrzał w nich nieśmiały uśmiech. Chyba.

 
1 , 2