JEŚLI CZEGOŚ NIE ROZUMIESZ, MOŻESZ TO SOBIE TŁUMACZYĆ, JAK CHCESZ
Kategorie: Wszystkie | Wszystkie
RSS
wtorek, 28 lipca 2009
Czerwone pantofelki

Dzień pierwszy
- Och, jakie ładne! Skąd je masz?
- Podobają ci się? - matka wyglądała na ucieszoną jej zachwytem. - Mogę też ci takie kupić.

- Naprawdę? - dopiero teraz ośmieliła się wziąć jeden z nich do ręki. Lakierowana skóra zabłyszczała w słońcu.
- Są piękne - westchnęła.

Noc pierwsza
Mała zanosiła się płaczem. Tuliła ją mocno, ale za nic nie mogła uspokoić. Nie odpowiadała na żadne pytanie, nie reagowała na żadne słowa. Zresztą nawet nie były potrzebne. Wiedziała co jej się stało. I kto jej to zrobił. Przestała więc do niej cokolwiek mówić, trzymała ją tylko w ramionach. Tak mocno, żeby jemu nie udało się ich rozdzielić.

- Jak możesz być taka ślepa?! - wrzeszczała. - Przecież wiesz, że to on zrobił! Dlaczego go kryjesz?! - głos jej się załamał i teraz ona się rozpłakała. Z wściekłości i bezradności. Poczuła, że nie ma już siły, klapnęła niezgrabnie na podłogę.
Tuż przy czerwonych, lakierowanych obcasikach.
Matka spojrzała na nią z góry.
- Uspokój się - powiedziała zimno. - Histeryzujesz i wymyślasz głupoty. Ojciec nigdy by żadnej z was nie skrzywdził. Porozmawiamy jeszcze o tym później, teraz muszę wyjść do pracy.
Odwróciła się i ruszyła do drzwi. Stukot pantofelków cichł w korytarzu.
Zwinęła się kłębek na podłodze.

Dzień drugi
Otworzyła oczy, gwałtownie zaczerpnęła powietrza. Mała leżała obok niej spokojnie. Uśmiechała się przez sen.
Co za ulga.
Obrzydliwy sen, pomyślała i wzdrygnęła się na samo przypomnienie koszmaru.
Przytuliła się do małej, wetknęła jej nos w pachnące szamponem włosy, ręką objęła cieplutkie ciałko.
Ale zasnąć już nie mogła.


Uczucie niesmaku i niepokoju nie opuszczało jej przez cały dzień.
Mimo, że każdy napotkany mężczyzna na nią patrzył. Najpierw na stopy, a potem powoli w górę. Z uznaniem i zachwytem.
Nic nie mogło zatrzeć paskudnego wrażenia.

Noc druga
Zmrużonymi oczyma wpatrywała się w drogę przed nimi. Dobrze, że on prowadził, bo słońce odbijające się od asfaltu skutecznie ją oślepiało. Zamknęła oczy, wyciągnęła się na siedzeniu. Mała spokojnie spała z tyłu, poczuła, że i ją ogarnia senność.
Samochód przyspieszył, ale nie otworzyła oczu. Lubiła, jak prowadzi, ufała mu.
- O, cholera - usłyszała nagle jego głos. A potem huk.
Otworzyła oczy.
Tylko po to, żeby zobaczyć ciemność.

Dzień trzeci
Każdy napotkany mężczyzna na nią patrzył.
Nieczęsto robiła takie wrażenie, więc cieszyło ją to, mimo że była naprawdę bardzo zmęczona. Potrzebuję odpoczynku, pomyślała, ale postanowiła się nad sobą nie roztkliwiać.
Wyprostowała się dumnie, podniosła głowę i uśmiechnęła się na myśl o tym, jak ładnie dziś wygląda.
Kroki za sobą usłyszała dopiero, jak już były dość głośne.
Obejrzała się. Mężczyzna uśmiechnął się obleśnie.
Przyspieszyła kroku, zaniepokojona, ale dystans między nimi się nie zwiększał.
Nie zwalniając, sięgnęła do torebki po telefon. Ledwo go wyjęła, wyśliznął jej się z drżących rąk. Odruchowo zatrzymała się, by go podnieść. Za plecami usłyszała chichot. Blisko.
Decyzję pojęła natychmiast: zostawiła zgubę, rzuciła się do ucieczki. Byle do przystanku, gdzie więcej ludzi.
Usłyszała, że on też biegnie, ale nie miała daleko, a strach dodawał jej sił.
Buty okazały się bardzo wygodne.
Przez ulicę przebiegła nie patrząc, wpadła pod wiatę i zdyszana usiadła na ławce w kącie.
Dopiero zza szyby przystanku zdecydowała się obejrzeć.
Nikogo nie było. Nikt jej nie gonił.
Za to ludzie na przystanku patrzyli na nią z niepokojem.
- Czy wszystko w porządku? - zapytała jakaś kobieta nieśmiało.
- Ja... Nie wiem, ktoś mnie gonił...
- Nie o to pytałam - kobieta wyglądała na zdezorientowaną. - Pani nogi...
Spojrzała w dół.
Nie tylko pantofelki były czerwone. Stopy też. Umazane czymś czerwonym niemal do kostek.
- Tu niedaleko jest apteka - kobieta pochyliła się nad nią z troską. - Pomóc pani przejść?
- Nie, dziękuję, nic mi nie jest - naprawdę nie czuła żadnego bólu. - Muszę tylko zadzwonić. Ma pani może telefon?

Zimna woda cudownie chłodziła jej nogi. Delikatny dotyk jego rąk sprawiał, że łzy napływały do oczu. Łzy ulgi i wdzięczności.
Siedziała na łóżku i bez słowa patrzyła, jak woda w misce z różowej robi się coraz bardziej czerwona.
Wyjął jej nogi z miski, postawił na ręczniku obok, wytarł delikatnie.
- Nie chciałem wierzyć, że nic cię nie boli, myślałem, że jesteś w szoku - powiedział. - Ale rzeczywiście nie masz nawet najmniejszej rany. To te buty tak farbują? - wziął pantofle do ręki, obejrzał uważnie. Nic niezwykłego nie zobaczył, wzruszył ramionami.
- Daj mi je - powiedziała cicho.
- Słucham?
- Oddaj mi je - wyciągnęła rękę.
- Proszę. Ale i tak już ich nie założysz. Nie zauważyłaś tego wcześniej, ale jak biegłaś, to połamałaś obcasy. Są do wyrzucenia.
Wzięła je do ręki ostrożnie. Rzeczywiście były brudne i zniszczone. Pogłaskała je czule, przytuliła. Łzy, zbierające się od dawna w oczach, wreszcie popłynęły po policzkach. Kapały na buty, spływały po błyszczącej do niedawna skórze.
Przewróciła się na łóżku, nie wypuszczając pantofelków z rąk. Zamknęła oczy.
Podszedł do niej, usiadł obok. Czule pogłaskał po głowie. Potem przesunął rękę leciutko po jej ramieniu. Powolutku, aż do dłoni, z której delikatnie, ale stanowczo wyjął pantofelki.
Nie opierała się. Spała.
Mocnym, zdrowym snem. Bez żadnych koszmarów.

piątek, 24 lipca 2009
Wtedy

K. i E. dedykuję.



Świtało już.
Podniosła głowę z poduszki i nieprzytomnym wzrokiem wyjrzała za okno. Zmrużyła szybko oczy, bo po nieprzespanej nocy nawet zimowe światło było za ostre.
Przeniosła wzrok na jego twarz. Chciała jeszcze raz spojrzeć w jego oczy, choć wiedziała, że i tak ich już nigdy nie zapomni. Wiedziała, że zobaczy je zawsze, kiedy tylko zamknie swoje.
Uśmiechnął się do niej, pocałował lekko. Zadrżała. Zauważył to oczywiście, uśmiechnął się szerzej.
Po chwili spoważniał.
- Muszę już iść - powiedział. - Niestety.
Kiwnęła głową.
- Wiem.
Patrzyła jak wstaje, ubiera się, zbiera swoje rzeczy. Szybko to zrobił. Przeszła za nim do przedpokoju. Buty, kurtka i już stał przy drzwiach. Odwrócił się do niej i jeszcze raz uśmiechnął.
- Cudownie było - powiedział miękko.
Znów tylko kiwnęła głową. Chciała coś powiedzieć, ale nie wiedziała, co by to mogło być.
Nie będę płakać, pomyślała, ale łzy już napływały do oczu. Wspięła się na palce, szybko go pocałowała. W policzek.
I cofnęła się, żeby mógł otworzyć drzwi.
- Idź już - rzuciła, nie patrząc na niego.
Zostań, zostań, zostań, błagała w myślach.
Cicho zamknął za sobą drzwi.


Zauważyła go z daleka. Wyróżniał się wśród gości kawiarni. Czarne spodnie, ciemna koszula z długim rękawem, mało kto się w lecie tak ubierał. Zawahała się, zwolniła. Zawstydziła, że w ogóle umówiła się na to spotkanie.
Wtedy właśnie protektor się do niej uśmiechnął. Zachęcająco. I bardzo, bardzo miło. Przyspieszyła kroku, podeszła do stolika.
Wstał na powitanie, gestem wskazał krzesło obok niego.
- Wiesz, z czym przychodzę, prawda? - zapytała, zanim zdążyła się zastanowić.
Uśmiechnął się.
- Przepraszam - dodała szybko, pochylając głowę.
Żeby pokryć zmieszanie, zaczęła nerwowo szperać w torebce.
- Mogę zapalić? - zapytała.
- Pewnie.
Zaciągnęła się, ale pożałowała tego równie szybko, jak niezręcznego początku rozmowy. Będzie widać, jak trzęsą mi się ręce, uświadomiła sobie.
- Czego masz ochotę się napić? - zapytał.
- Wszystko jedno. Czegoś zimnego - odparła szybko.
Przeprosił ją na chwilę, poszedł po napoje.
Po chwili postawił przed nią mrożoną kawę. Natychmiast zaczęła nerwowo mieszać w wysokiej szklance.
- Opowiedz mi o nim - poprosił.
Przecież wszystko wiesz, chciała powiedzieć, ale ugryzła się w język. Jeśli nadal tak się będę zachowywać, to mogę od razu zakończyć to spotkanie, skarciła się. Zastanowiła się przez chwilę, bo nie bardzo wiedziała co i jak chce powiedzieć.
- Wiem, że nie jesteś swatką - uśmiechnęła się przepraszająco. - Nie możesz sprawić, że z nim będę, więc nie wiem, czy w ogóle jest sens o tym rozmawiać.
- Spróbuj.
Spojrzała na niego, w jego ciemnych oczach było dużo sympatii. I szczypta wesołej kpiny. Spodobało jej się to. Odwzajemniła uśmiech i poczuła, że zdenerwowanie ustępuje. Usiadła wygodniej na krześle.
- No dobrze - zaczęła. - Spotkałam go tylko raz. Na urodzinach znajomej. Ktoś z gości go przyprowadził, nie znaliśmy go wcześniej. Po imprezie odprowadził mnie do domu. Został do rana - zawahała się na moment. Nie umiała opowiadać o tej nocy. Przełknęła ślinę i dokończyła szybko. - Rano po prostu wyszedł. Nie poprosił mnie o numer telefonu, adres mailowy, nawet nazwisko. O nic. Oczywiście pytałam o niego, ale nikt nic nie wiedział. Po prostu znikł. Głupie, nie?
Przerwała na chwilę, upiła łyk kawy. Zapaliła kolejnego papierosa.
- Widzisz - podjęła. - Najpierw myślałam, że mnie będzie szukał. Że będzie chciał się ze mną spotkać. Czekałam. A potem... Potem zaczęłam myśleć, że tak naprawdę to się nie wydarzyło. Nie było tej nocy, a w każdym razie nie było jego. Pewnie wymyśliłam to sobie, przyśniło mi się, albo jakoś tak - wzruszyła ramionami. - Ale... wiesz, nawet jeśli to był sen, to... ja chyba nie umiem go zapomnieć - pochyliła się nisko nad szklanką. Protektor przelotnie zastanowił się, czy się rozpłacze. Ale nie, podniosła głowę i spojrzała mu prosto w oczy, uśmiechając się drwiąco. - Problem w tym, że on mnie zapomniał, prawda?
- Nie umiem odpowiedzieć ci na to pytanie.
- Chcę się z nim zobaczyć.
- W tym mogę ci pomóc, ale...
- Tak, wiem. Nie zmusisz go do tego, żeby był ze mną.

- Nie zmuszę.
Westchnęła.
- A ja tak bym chciała... Wiesz, najbardziej na świecie chciałabym być jego pragnieniem. Przez tyle czasu myślałam, że może jestem...
- Może jesteś.
Spojrzała na protektora uważnie.
- Właśnie dlatego chciałam, żebyś mi pomógł. Chcę się przekonać, czy mnie sobie przypomni, czy w ogóle jest co przypominać. Chociaż wiem, że to głupie. Jakby chciał, to sam by mnie znalazł, prawda? Przecież wie, gdzie mieszkam. Ale..
- Ale ty i tak się łudzisz, że może chciał, ale z jakiś powodów nie mógł. Albo uważał, że nie powinien.
- Właśnie. Chcę spróbować ostatni raz. Jeśli się nie uda, to po prostu zapomnę o nim.
- Do tej pory nie zapomniałaś.
- Może po prostu nie próbowałam wystarczająco?
- Może.
Zapadła cisza.
- To co, pomożesz mi? - spytała w końcu.
- Tak, pomogę. On jest w mieście.
- Wiedziałam - prychnęła. - Szukam go na każdej ulicy, rozglądam się za nim w każdym sklepie, w każdym autobusie, widzę go w każdym spotkanym chłopaku - ale oczywiście nie mogę na niego tak po prostu wpaść, prawda?
- Nie możesz - teraz uśmiechnął się nieco złośliwie. - Bo nie miałbym roboty.



Świtało już.
Było chłodno, więc mimo zmęczenia szedł szybkim krokiem. Patrzył pod nogi, nie chcąc się potknąć na nierównym chodniku. Na rynku jednak przystanął na chwilę, sam nie wiedział dlaczego. Podniósł głowę.
I wtedy zobaczył ją.


środa, 22 lipca 2009
Dorobek

Jak dorobek życia może stać się ważniejszy od życia?
Bardzo prosto.
Wystarczy, że całe życie solidnie pracujesz i dostajesz za to solidne pieniądze.
W pewnym momencie tych pieniędzy robi się tyle, że nie jesteś w stanie ich przejeść.
No bo ile można kupować ubrań?
Ile butelek wina wypijesz?
Na ile urlopów w ciągu roku pojedziesz?

Wtedy pojawia się bardzo kusząca myśl: własny dom.
Taki, w którym będziemy tylko my.
Taki, w którym nikt nie będzie tupał nad głową, w którym nie będzie śmierdziało cebulą z befsztyka sąsiadów, taki, za który nie będziemy płacić czynszu i w którym nie będziemy marznąć, czekając aż spółdzielnia zacznie sezon grzewczy.
Budujesz ten dom i z każdym centymetrem nowych ścian czujesz, jak rośnie również twoja duma.
Widzisz ten ogródek, w którym latem będziesz leniwie wygrzewać się na słońcu, a twoje wnuki będą baraszkować na soczystej trawie.
Widzisz ten kominek, przy którym będziesz z mężem popijać grzane piwko, a śnieg będzie malowniczo prószył na choinki za oknem.
Budujesz, urządzasz i marzysz.
Dopieszczasz i czekasz na te piękne dni, które tu będziesz spędzać.
Na ścianach obrazy, w kredensie srebra.
Rzeźbione poręcze, drewniane meble.
Pięknie, chociaż bez przepychu.
Troszkę co prawda przeszkadzają te kraty w oknach.
No i alarm trzeba mieć zainstalowany.
No i psy, które niszczą trawnik.
Ale cóż - takie są koszty.
Piękny dom, w którym trzeba się czuć bezpiecznie.
Szkoda by było stracić dorobek całego życia, prawda?

A dziś od rana ostro pada śnieg.
I jest bardzo silny wiatr.
Znów zerwało przewody, nie ma prądu.
Na pewno jednak naprawią, zawsze najpóźniej po kilku godzinach naprawiali.
Jeśli nie naprawią, to będzie kiepsko, bo ogrzewanie nie działa.
Można co prawda napalić w kominku, ale kominek nie ogrzeje przecież całego domu.
I nawet gorącej herbaty nie można zrobić.
A ta kuchenka elektryczna? Taka nowoczesna i ładna - szkoda tylko, że bezużyteczna.
No i wody nie ma, bo hydrofor nie działa.
No i trochę straszno tak siedzieć po ciemku.
Ale da się wytrzymać przecież.
Na pewno zaraz naprawią.

Nie naprawili.
To już trzeci dzień.
W urzędzie miasta powiedzieli, że jest tyle awarii w okolicy, że będą naprawiać po kolei.
Nie wyjaśnili, co to znaczy "po kolei", nie powiedzieli, kiedy przyjadą.
Czekamy, ale robi się coraz zimniej.
Drewno do kominka przemokło pod śniegiem, ciężko się pali.
W zamrażarce rozmraża się mięso ze sklepu ekologicznego.
Psy dostają najlepsze jedzenie w swoim życiu.
Na szczęście można jechać na noc do innego mieszkania, umyć się, zjeść coś ciepłego, przespać trochę.
A potem znów wrócić do zimnego, ale wciąż eleganckiego domu i czyszcząc lodówkę czekać na pogotowie energetyczne.
Na pewno zaraz naprawią.

Nie naprawili.
Piątego dnia wyczerpał się akumulator do alarmu.
Alarm przestał działać, dom stał się bezbronny.
Nie można go już opuścić.
Dorobek całego życia marznie wystawiony na łup każdego, kto tylko chciałby coś z niego uszczknąć.
To nic, że są kraty w oknach, to nic, że upasione psy są pełne energii, to nic, że drzwi są antywłamaniowe.
To nieważne, że twój mąż jest chory i nie może przebywać w tej zimnicy.
Najwyżej ty sama zostaniesz.
To nieważne, że jesteś już starszą i również chorą kobietą.
Jak ktoś się włamie, to będzie miał z tobą do czynienia.
Nie zostawisz dorobku całego życia!

Przedmioty są ważniejsze, niż ludzie.
Ludzie - ci zawsze są czemuś winni, ci zawsze nie zrobili czegoś, co mogłoby zapobiec tej sytuacji, jaka jest teraz.
Albo zrobili coś, czego nie powinni. Kiedyś, dawno, ale wciąż cię to wścieka.
Ludzi, zwłaszcza najbliższych, masz zawsze o co obwinić.
Im są tobie bliżsi, tym więcej dają powodów do pretensji.
A te obrazy?
A te srebra?
A ta biżuteria?
A te ściany wreszcie, ten kominek, te meble?
Są po prostu piękne i patrząc na nie widzisz, że coś ci się w życiu udało.
Tak, bliskie osoby nie bardzo ci się udały - za to bliskie przedmioty są po prostu idealne.
Nie zostawisz ich, nigdy w życiu.
Nie zasługują na to.