JEŚLI CZEGOŚ NIE ROZUMIESZ, MOŻESZ TO SOBIE TŁUMACZYĆ, JAK CHCESZ
Kategorie: Wszystkie | Wszystkie
RSS
wtorek, 31 sierpnia 2010
"W razie reklamacji zwrot duszy gwarantowany."

poniedziałek, 30 sierpnia 2010
Więcej

Chodź, zobacz, mam dwa światy - ale jeden z puzzli!

środa, 25 sierpnia 2010
Jestem bogiem

Rozpatrując kwestię zdroworozsądkowo dzieci mieć się nie powinno.
Kosztują mnóstwo pieniędzy i zabierają mnóstwo czasu.
Wykańczają człowieka fizycznie i psychicznie.
A jednak dzieci mamy.
Natura? Moda? Sposób na samotność? Sposób na własną śmiertelność?
Nie. Raczej sposób na boskość.

Dzieci nas uwielbiają. Bezwarunkowo. Dzieci nam ufają. Bezgranicznie.
Dla dziecka jego rodzic jest wyrocznią, ideałem, bogiem właśnie.
Jest obiektem miłości takiej, jaka nigdzie indziej nie zdarza.
Słowa rodzica - ostatnia instancja.
Zachowanie rodzica - wzór niepodważalny.
Uścisk rodzica - największa rozkosz.
Akceptacja rodzica - niezbędny warunek istnienia.

Dziecko nie mówi, że nie może z rodzicami wytrzymać.
Dziecko nie stawia warunków, nie każe się zmieniać.
Dziecko po prostu uwielbia. Choćby nie wiem co.

A rodzic cały w tym uwielbieniu.
Podać rękę, zanim się potknie - najprzyjemniejszy obowiązek.
Wytłumaczyć zawiłości świata - największa satysfakcja.
Zobaczyć uśmiech - największa nagroda.
Wysłuchać sekretów - najlepszy dowód zaufania.

Dziecko po prostu uwielbia. Choćby nie wiem co.
Do czasu oczywiście.
Aż dorośnie.


wtorek, 10 sierpnia 2010
Incepcja

- Nie wiem, czy naprawdę byłam na tym basenie, czy tylko mi się śniło...
- Tu jest twoje zdjęcie, to chyba byłaś, prawda?
- Zrobiłaś zdjęcie snu???

sobota, 07 sierpnia 2010
Kraków

Smród na dworcu, klima w pociągu.
Opóźnienie, nerwowe rozglądanie się po peronie.
Niepewny uśmiech, mocny, szczery uścisk dłoni. Napięcie spada.
Zostawić bagaże, usłużny portier wprawia w zakłopotanie.
Wyjść, uciec z budynku jak najszybciej, oswoić nowe miejsce!
Oczy bolą od słońca ale desperacko chłoną widoki, nie można się zdecydować, w którą stronę patrzeć, w końcu litościwa chmura przychodzi z pomocą.
Deszcz, ulewa, błysk i huk, mokro i zimno. Przez chwilę.
Słońce, błoto, lody.
W górę, w dół po schodach, turyści, smok i rzeka.
Przepraszam, którędy do Skarbca?

Lokal prawie pusty, kilka osób, które się doskonale znają, poza nimi tylko skazańcy, pająki i kościotrup.
Usiąść gdzieś w kąciku, nie rzucać się w oczy, ściskając w spoconej dłoni szklankę, słuchać, jak człowiek gra i śpiewa.
Fajnie śpiewa, zaskakująco nie ogranicza się do najbardziej znanych w najpopularniejszym języku. Podziw rośnie.
Wreszcie ktoś znajomy, można się przestać garbić, kolejne piwo dodaje jeszcze więcej odwagi. Dowcipu, elokwencji, uroku.

Szkoda, że w końcu trzeba wracać, bo właśnie zaczęła się dobra zabawa.
Bo się odetchnęło swobodnie i rozpięło górny guzik koszuli.
Bo zaczęło się kojarzyć nazwy ulic i kierunki.
Bo się trochę oswoiło, wygładziło i zaczęło się traktować, jak własne.
Zaczęło się pasować.
Wtedy właśnie przez megafon ogłaszają, że ekspres do Warszawy odjeżdża.
I można już tylko sobie obiecywać, że następnym razem...
Że będzie następny raz.

 
1 , 2