JEŚLI CZEGOŚ NIE ROZUMIESZ, MOŻESZ TO SOBIE TŁUMACZYĆ, JAK CHCESZ
Kategorie: Wszystkie | Wszystkie
RSS
piątek, 05 sierpnia 2011
Kropla

Granatowy garnitur, biała koszula, apaszka.
Włosy upięte w kok.
I żadne niesforne pasemko nie opada na szyję.
Pierwsze krople spadły nagle i cicho, lekko uderzając w głowę i ramiona.
Deszcz coraz mocniejszy, krople coraz większe i coraz ich więcej.
Coraz mocniej uderzają, szumią, tworzą kałuże i strumienie, rozlewają się na ulicach i chodnikach.
Autobus: miejsce na powrót do porządku.
Strzepnąć wodę z ubrania, wygładzić włosy, poprawić mankiety.
Nie tym razem: tłok i duchota.
Buty więc nadal przemoczone, ubranie klei się do ciała jeszcze bardziej.
Biała koszula wygnieciona, kanty na spodniach już znikły, wszystko się marszczy, przykleja, lepi.
Już i ciało mokre: nie wiadomo od czego: wody, pary czy potu.
Kropla spływa powoli między łopatkami, wzdłuż kręgosłupa, wpada w między pośladki.
Sprawia, że robi się jej jeszcze bardziej gorąco, duszo nie do wytrzymania.
Otwiera usta, wciąga mocno wilgotne powietrze, otwiera szeroko oczy.
Spojrzenie tnie szyby, szkło wypada gwałtownie na zewnątrz.
Huk i nagłe szarpnięcie, autobus gwałtownie hamuje. Pasażerowie krzyczą, ślizgają, przewracają się.
Pęka szyba za szybą. Na przechodniów spadają krople deszczu wymieszane z kawałeczkami szkła, mocząc i kalecząc.
Wychodzi wolno z autobusu, przez rozbite okno.
Trzask rozdzieranego materiału: wreszcie przestaje oblepiać, krępować ruchy.
Mokre włosy opadają na szyję, żadnej fryzury już nie ma, makijażu, butów też nie, zostają gdzieś na chodniku, a może jeszcze w autobusie.
Idzie boso.
Podnosi głowę i patrzy w niebo błyszczącymi oczami.

czwartek, 04 sierpnia 2011
Prawie

Szedł szybkim krokiem. Krople deszczu moczyły mu włosy i ubranie, spływały po twarzy, rozpryskiwały się pod butami.
Nie zwracał na to uwagi, spieszył się. 

Ludzie przed kościołem tulili się do siebie pod parasolami. Chronili kwiaty i fryzury. Ale podjazd był jeszcze pusty. 
Odetchnął z ulgą. I natychmiast poczuł strach. Zawrócić, dopóki jeszcze nie przyjechała. Z trudem się opanował. Poczuł, że drży.
Z zimna pewnie.

Elegancka limuzyna podjechała pod budynek. Odruchowo postąpił kilka kroków naprzód, wyciągnął szyję, żeby ją jak najszybciej zobaczyć. Wysiadła nie czekając, aż ktokolwiek ochroni ją przed deszczem.
Wysiadła i natychmiast go dostrzegła. 
Podszedł troszkę bliżej. 

Ludzie przed budynkiem zaszeptali, wlepili w nich ciekawskie spojrzenia. Tamten też już wysiadł, podszedł do niej z parasolem, szepnął coś do ucha. Sprawiała wrażenie, że nie słyszała, wpatrzona w niespodziewanego gościa. Podszedł jeszcze bliżej.

Bardzo chciał ją dotknąć, ale nie był w stanie wyciągnąć ręki. Usiłował coś powiedzieć, ale z zaschniętego gardła nie wydobył się żaden dźwięk. Starał się chociaż uśmiechnąć, ale mięśnie twarzy znieruchomiały. 
Stał więc i patrzył na nią, dopóki nie uświadomił sobie, że to nie krople deszczu spływają mu po twarzy. Wtedy odwrócił się i odszedł.
Szybkim krokiem.



I było prawie tak, jakby wcale tam nie poszedł.