JEŚLI CZEGOŚ NIE ROZUMIESZ, MOŻESZ TO SOBIE TŁUMACZYĆ, JAK CHCESZ
Kategorie: Wszystkie | Wszystkie
RSS
środa, 30 września 2009
Spacer

Silny wiatr rozwiewał mi włosy i wyciskał łzy z oczu.
Zapięłam kurtkę pod samą szyję, wcisnęłam głowę w ramiona a ręce w kieszenie i ruszyłam jezdnią przed siebie. Miejmy nadzieję, że jakiemuś kurierowi nie będzie się za bardzo spieszyło, pomyślałam. Nie, no oczywiście, że się będzie spieszyło, nerwowo obejrzałam się przez ramię. Na szczęście pusto. I cicho. W razie czego usłyszę ryk silnika, pocieszyłam się i przyspieszyłam kroku. Spacer pustą dwujezdniówką był wart ryzyka wypadku. Zwłaszcza, że ryzyko nie było duże.
Zmrużyłam załzawione oczy i spojrzałam przed siebie, usiłując sobie wyobrazić, jak jeździłam tędy samochodem. A nawet jak stałam tu w korku. Teraz te wszystkie samochody, włącznie z moim, pokrywały się rdzą na wysypiskach. A po ulicach, jeszcze niedawno "zatkanych" korkami hulał wiatr. I kurierzy.

Spojrzałam wyżej, na bloki, w których prawie wszystkie okna były rozświetlone blaskiem monitorów. Na kanapach, fotelach, przy biurkach, non stop podłączeni, spędzali tam swoje życie coraz grubsi ludzie. Te okna, w których akurat było ciemno - nie ma się co oszukiwać, że rzucili swoje okulary i słuchawki - po prostu poszli już spać. Na spacer poza mną nikt nie wychodził. Nie było na to czasu. Ja właściwie też powinnam była pracować, miałam projekt do skończenia i chciałam jeszcze podesłać mamie filmik z naszych wirtualnych wakacji - ale znów rozbolały mnie oczy.
Wciąż nie mogę znaleźć dla siebie odpowiednich kropel, chociaż w mojej skrzynce mailowej co 3 dni pojawiają się skierowania do kolejnych okulistów. Nie wiem, może się czepiam, ale leczenie on line w moim przypadku się nie sprawdza. Kiedyś miałam swoją okulistkę w centrum, była świetna, ale od dwóch lat nie można się z nią skontaktować. Ponoć wyrzucili ją z centrum, ponieważ odmówiła stawiania diagnozy przez skype'a. Niby trudno się im dziwić - nikt nie będzie utrzymywał gabinetu lekarskiego dla jakiegoś jednego okulisty - ale z drugiej strony, pewnie mi by pomogła. No trudno, trzeba sobie jakoś poradzić bez niej.

Rozmyślania okulistyczne przerwał mi huk dalekiej eksplozji.
Znów ci terroryści od siedmiu boleści wysadzają opustoszały biurowiec, westchnęłam z irytacją. Oni najbardziej nie mogą znieść tego, że życie toczy się w sieci. Można wysadzać wszystko, co się chce - tyle tylko, że nigdzie nie ma ludzi. Co to za frajda wykoleić pusty pociąg? Albo wysadzić w powietrze zakurzony klub nocny? Żadnych ofiar, żadnej sensacji, żadnej wojny - a nawet podziękowanie od rządu, że zrobili porządek i nie ma teraz obawy, że samo się zawali - niespodziewanie, na kogoś.
Oczywiście terroryści  mogliby zrobić jatkę, niszcząc budynki mieszkalne, ale obecne zabezpieczenia ich przerastają. Na szczęście - inaczej nie moglibyśmy siedzieć spokojnie przed naszymi komputerami. Nie moglibyśmy zapomnieć o tym, że gdzieś poza monitorem jest jeszcze jakiś świat. Nikomu już przecież niepotrzebny. No, może poza kurierami.
I mną?

Ryk silnika zmusił mnie do obejrzenia się za siebie.
Spojrzałam prosto w reflektory nadjeżdżającego samochodu.
Mrugał światłami, żeby zmusić mnie do zejścia z jezdni.
Zobaczysz, pomyślałam mściwie, schodząc na pobocze, w końcu wy też przestaniecie być potrzebni. Przestaniecie się tu pętać, hałasować i przeszkadzać.
A wtedy ja pójdę na naprawdę długi spacer.